PODSUMOWANIE 2024 - TOP 15
Gnod to płodny zespół, który przez lata wyrobił sobie markę na ciężkiej odmianie punkowego noise rocka. W tym roku nieco złagodzili oni swój styl, zamieniając hałas na swobodny mistycyzm. Spot Land udowadnia, że był to dobry wybór. To, co stanowi serce albumu, daje o sobie znać już w pierwszym utworze. Oniryczny, chóralny śpiew jest na nim powtarzany do momentu, w którym staje się mantrą wymrukiwaną pośród psychodelicznego młynu swobodnych, zrelaksowanych gitar. Odmiana psychodelii, którą się tu parają bliższa jest jednak religijnemu obrządkowi niż hipisowskiej komunie – jest subtelna, melancholijna i niemal pastoralna. Wprowadzająca w trans repetytywność utworów wzbudza natomiast nieraz skojarzenia z krautrockowymi legendami niemieckiej sceny, głównie uderzając w ambientową wrażliwość a’la Popol Vuh. To wszystko składa się na album iście niebiański w brzmieniu, lecz wciąż pełny surrealistycznych, hipnotycznych wrażeń.
Room 31 to mój osobisty dowód na to, że scrollowanie godzinami rocznych rankingów RateYouMusic ma jakiś sens. Inaczej w życiu nie usłyszałbym o tym niepozornym projekcie. Duet ten opiera swoją muzykę o w pełni improwizowane kompozycje, które po nagraniu zabiera z powrotem do studia, gdzie udoskonala je komputerowo, dodając efekty i tworząc pętle z poszczególnych sekcji. Ten proces, łączący surową improwizację z cyfrową obróbką pozwala wydobyć unikalne dźwięki i struktury. Czasem utwory wędrują w kierunku płynącego powoli ambient jazzu (Hint of an Apology), a innym razem wkraczają na terytorium bardziej elektroniczne (Crazy Town). Zawsze pozostaje w nich jednak spoiwo w postaci improwizowanej ekspresji. To po prostu bardzo dobry album jazzowy, stworzony w ambitny sposób.
IDM czy drum and bass to nie są gatunki, po które sięgam systematycznie. Prawdopodobnie robiłbym to jednak częściej, gdyby w ich obrębie bardziej powszechne były albumy tak barwne jak Anemones. Projekt Xylitol realizowany przez doświadczoną DJ-kę Catherine Backhouse, znajduje idealną równowagę między gwałtownymi rytmicznymi sekcjami, a natchnionymi i stonowanymi melodiami new age. Intensywne perkusyjne breaki zawsze zbiegają się tu ze ślicznymi, delikatnymi melodiami, tworząc poczucie melancholii pośród rytmicznego chaosu. Te dwa światy koegzystują ze sobą, tworząc jeden sprawny ekosystem. Balans zdaję się tu być idealny – gdy tylko intensywność rytmiki zaczyna przytłaczać zbyt mocno, to pojawiają się piękne klawisze przełamujące chaos. I na odwrót – gdy ambientowe pady zaczynają nużyć, zostają natychmiast przecięte niczym mgła przez powracające z impetem perkusyjne łamańce. Anemones to album wywarzony, łączący światy i dający wiele radości z odsłuchu.
Colin Stetson jest jedną z najbardziej znaczących postaci muzyki eksperymentalnej, ambientowej i jazzowej XXI wieku. Jego najnowsze dzieło wydaje się być kulminacją wszystkich lat jego dotychczasowej działalności - płytą o ogromnej skali i brzmieniu, która nie ma na celu wprowadzać innowacji, tylko podać znane już wszystkim chwyty w jeszcze lepszej formie. I zdecydowanie się to udaje. Utwory mają, typowy dla Stetsona, ponury i ciężki ton oraz diabelską aurę wykreowaną jednostajny saksofon, który w każdej chwili może wybuchnąć bombastycznym, jękliwym skowytem. Panujące tu piekielne napięcie jest wszechobecne i nie opuszcza słuchacza nawet na chwilę. To chyba największy sukces tego albumu – kiedy już wciągnie Cię jego świat, nawet nie pomyślisz o opuszczeniu go, dopóki nawarstwiające się emocje nie zostaną uwolnione. Monumentalne brzmienie jest tym bardziej imponujące, gdy uwzględnimy fakt, że jest ono dziełem jednego człowieka, korzystającego wyłącznie z akustycznego instrumentarium. Jeśli czujesz gotowość na podróż do piekła i z powrotem, posłuchaj tego albumu.
Czasami w muzyce potrzeba prostoty.
Zbioru utworów, który jest zwyczajnie dobry i nie sili się na odkrywanie
czegokolwiek na nowo. Dokładnie w tym sprawdza się No Name. Surowe, proste jak
budowa cepa riffy, wpadające w ucho refreny i przede wszystkim autentyczność i
energia. Jack White zapewnia na swoim najnowszym albumie ten cały pakiet, będący
przepisem na fantastyczny album rockowy. Nic mniej, nic więcej. A w świecie, w
którym gitarowa muzyka nie króluje już na listach przebojów to szczególna
sztuka.
Moja pełna recenzja No Name znajduje się >>tutaj<<
Christiana Fennesza nie trzeba
przedstawiać nikomu, kto śledzi niezależną scenę muzyczną. Wizjoner, mistrz
noisebientu, wirtuoz sztuki wydobywania z gitary dźwięków całkowicie
nie-gitaropodobnych. Mosaic jest czymś więcej niż tylko kolejnym albumem przepadającym
w jego obszernej dyskografii. Co prawda nie uświadczymy tu redefinicji
wypracowanego lata temu stylu, ale wszystko przepełnione jest wyjątkową
inspiracją, dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, ze zmiennymi
strukturami, unikalnymi teksturami i pięknymi progresjami. Nieoszlifowany,
noise'owy sound-design stoi tu w ciągłej opozycji do anielskich, snujących się
melodii, które się w nim kryją. Bez wątpienia, Mosaic to jeden z najlepszych i najbardziej wyrazistych albumów austriackiego muzyka w ostatnich dwóch dekadach.
Lumbago to projekt, który łączy
avant-jazzowe brzmienia z eksperymentalną elektroniką. Od pierwszych dźwięków
albumu przenosimy się w świat srogo przesterowanego basu i mrocznych syntezatorów,
które tworzą atmosferę nieustannego niepokoju i napięcia. Tę gęstą, klawiszową
mgłę przecina fenomenalna, maniakalna perkusja Tymka Papiora, która nadaje
całości dzikiego, nieokiełznanego rytmu. Album błąka się od precyzyjnie
skomponowanych momentów, w których nietrudno dostrzec strukturę, po pełne
uwolnienie formy i nieskrępowaną improwizację, która osiąga apogeum w utworze
tytułowym. To zróżnicowanie sprawia, że nie sposób popaść tu w jakiekolwiek
poczucie monotonii, czy nudy. Kluczem do sukcesu jest tu chyba wszechobecny luz –
zarówno ten kompozycyjny, jak i nawet okładkowy. „Ziomkujemy się, lubimy i
lubimy razem grać” – i to wystarcza.
Brakuje nam w ostatnich latach
albumów ikonicznych. Takich, które wywierają znaczący wpływ na masową kulturę,
osiągających sukces komercyjny, a jednocześnie mających do zaoferowania na
froncie muzycznym coś ponad standardowy, popowy pakiet banałów. Tym bardziej
cieszę się, że Brat spotkał się z tak dużym uznaniem zarówno krytyków, jak i
słuchaczy - nie jest to bowiem album zwyczajny. Charli XCX dodaje na nim do
popowej formuły pierwiastek wyraźnego ekscentryzmu – utwory zawierają
intrygujące tekstury dźwiękowe i techniki produkcyjne oraz przejścia między
liryczną brawurą a momentami całkowitej kontemplacji i zadumy. To nie są
rzeczy, których uświadczymy na przeciętnym albumie ze szczytu list
Bilboarda. Całość to po prostu imponująca kolekcja oryginalnych i
nieskończenie kreatywnych utworów, które zasługują na docenienie.
Vida Blue to krążek opłakujący śmierć jednego z członków zespołu Mamaleek. Zamiast skupiać się na melancholii, ukazuje on jednak znacznie mroczniejszą stronę cierpienia. Z utworów uderza złość na niesprawiedliwości świata, którą podbija chaos i mętlik dręczących myśli. Członkowie zespołu nie boją się wylać na słuchacza wszelkiego brudu i zgorzknienia, aby wyrazić to, co czują. Robią to bardzo skutecznie poprzez dźwięki obłąkanych, bluesujących riffów i hałaśliwych, jazzo-podobnych jamów. Towarzyszą temu gardłowe wokale przywodzące na myśl Toma Waitsa. Zespołowi niestraszne jest też wyjście poza wypracowany schemat, nieraz włączając do niego elementy muzyki klasycznej, czy inne nietypowe sample. Takim wycieczkom sprzyjają frywolne struktury utworów, które nieustannie ewoluują, zachowując balans między zamysłem, a nieprzewidywalnością. Vida Blue to wnikliwy wgląd w niszczycielską i zgubną naturę ludzkich myśli.
Training to osadzony w Berlinie duet
jazzowy, który w tym roku połączył siły z uznaną basistką Ruth Goller. Efektem
jest muzyka pełna wyzwolonej ekspresji, obejmująca zarówno free jazzowe
ekscesy, jak i post rockowe pejzaże. Wpływ na strukturalną zakamarkowość
niewątpliwie miało nietypowe podejście do pisania utworów. Kolektyw przyjął
zasadę cadavre exquis, według której jeden z muzyków zapisuje kilka
nut i przekazuje losy kompozycji kolejnej osobie, odsłaniając jedynie ostatnią
nutę. Podejście to generuje pastisz i nieprzewidywalność, lecz także niemal
całkowicie wyzwala kolektyw od jakiejkolwiek strukturalności. Tym samym trudno
jest przewidzieć dokąd prowadzą nas kompozycje – i to właśnie ten aspekt
podróży jest najfajniejszy.
Dwa lata temu zachwyciłem się Markiem
Pospieszalskim. Jego płyta Polish Composers of the 20th Century, pełna
całkowicie pozmienianych kompozycji polskich klasyków pozostaje dla mnie jedną
z najważniejszych płyt tej dekady. NOW!, stworzone we współpracy z amerykańską
saksofonistką Zoh Amba jest jednak zupełnie nowym rozdaniem. Udowadnia to już
pierwszy utwór, w którym od razu na pierwszy plan wychodzą pulsujące klawisze,
na których nadbudowywana stopniowo jest reszta swobonej kompozycji. Nie sposób
uniknąć tu skojarzeń z tuzami minimalizmu, takimi jak Terry Riley czy Steve
Reich. Jest to zasadnicza zmiana kierunku względem dronowej specyfiki
poprzedniej płyty. Minimalizmu jest mniej w kolejnych utworach, które nieco
bardziej przypominają wcześniejsze dokonania artysty. Anthropocene to utwór,
który ma wszystko za co pokochałem muzykę Pospieszalskiego 2 lata temu. Snująca
się melodia saksofonowa, która płynie tak wolno, że wydaje się, jakby gubiła
swój naturalny pływ, zestawiona jest tu ze stanowiącymi tło, powtarzalnymi
klawiszami. Instrumenty prowadzą ze sobą ciągłą, pełną napięcia rozmowę. Ten
album jest pełen takich momentów. Może i nie dosięga poziomem do poprzedniego
krążka, ale wciąż składa się na najbardziej kreatywny i barwny album jazzowy
roku.
Już od pierwszego zetknięcia z
otwierającym ten album utworem wiedziałem, że trafiłem na coś szczególnego.
Minimalistyczne klawisze, mechaniczna perkusja, napięcie sięgające zenitu.
Potem ewolucja w delikatny, senny pejzaż, z wychylającym się na front pociętym,
niemal jodłującym samplem wokalnym. To wszystko wciąż w ramach post rocka, ale
takiego, jakiego nigdy wcześniej nie słyszałem. Za każdym razem, gdy
wydawało mi się, że kurs obrany przez zespół jest zbliżony do Godspeed You,
muzyka skręcała w dziwacznym, nieporównywalnym z niczym innym kierunku. Wpływy brazylijskiego folku są tu szczególnie wyraźne. Wraz z nietypowymi,
mechanicznymi rytmami i glitchującymi samplami tworzy to niesamowicie unikalne
doświadczenie, które nagradza wielokrotne odsłuchy. W tych stale ewoluujących,
pieczołowicie zbudowanych kompozycjach jest po prostu zbyt wiele małych
smaczków i zawiłości, które łatwo przeoczyć. Tego trzeba słuchać (i chce się to
robić) znowu i znowu.
Muzyka eksperymentalna często
traktuje się zbyt poważnie. Brak jej lekkości, którą można osiągnąć bardzo
prostymi środkami. Mermaid Chunky to duet stanowiący pomost między
eksperymentalnym wizjonerstwem, a niemal imprezową lekkością. W swej
esencji jest to album taneczny ze wszystkimi istotnymi cechami, które wiążą się
z tą etykietą. Jest zabawny, beztroski i pełen blasku. Jednocześnie bawi
się strukturami piosenek i sound-designem w sposób, w jaki robi to głównie
muzyka eksperymentalna. Doświadczymy tu fragmentów ze spoken wordem,
jazzującymi solówkami, kabaretowymi melodiami i eksplozjami syntezatorów. Ten
album to istny kalejdoskop barwnych i dziwacznych dźwięków, które są przystępne
dla niemal każdego.
Nieczęsto zdarza mi się docenić album
pełen zapożyczonych utworów. A tym zasadniczo jest Durt Dronemaker After
Dreamboats - projektem opartym na reinterpretacjach starych szkockich pieśni
ludowych. Gorski-Brown nadaje tym zapomnianym motywom nowego życia – rozbudowuje
kompozycje, dodaje elektroniczne manipulacje dźwiękowe, bawi się formą. Nie
sposób tego nie docenić, szczególnie, że utwory nigdy nie popadają w stagnację,
mimo bazowania na cudzych melodiach. Zwykle rozciągane są tu do dronowych,
cierpliwie rozwijających się burdonów, po których autor płynnie maluje swoim harmonizującym
z nimi głosem. Wystarcza kilka utworów, aby zrozumieć, że wyselekcjonowane na
potrzeby albumu folkowe pieśni stanowią jedynie podporę dla ekstrawaganckich poczynań szkockiego muzyka. Nieustannie łączy on świat tradycyjnych melodii i
instrumentów (dudy, smyczki) z nowymi technikami producenckimi i nietypowymi wyborami
artystycznymi. I robi to z zadziwiającym sukcesem przez całość albumu.
Wybranie najlepszego albumu roku, tym
razem przyszło mi z zaskakującą łatwością. Być może to dlatego, że w brzmieniu
debiutanckiego albumu Pollution Opera zakochałem się od początkowych minut pierwszego
odsłuchu. Od tamtej pory wracałem do tego projektu niezliczoną ilość razy, zawsze odnajdując w nim coś nowego. Żeby zobrazować jak to wszystko
brzmi, najlepiej wyobrazić sobie centrum przeludnionego miasta – tłum ludzi,
krzyk, zgiełk. Egipsko-brytyjski, kobiecy duet stawia sobie za cel przybliżyć
słuchaczowi dystopijność nowoczesnej metropolii. Wbudowuje do swojej muzyki
zdyszane okrzyki i wrzaski, które zderzają się o nagrania terenowe miasta. Te
na początku wydające się losowymi odgłosy szybko zaczynają tworzyć lawinę
dźwięków, w których można dopatrzeć się rytmicznych schematów, melodyjności i
struktury. W tym fascynującym procesie zgiełk miasta staje się jednym z
sonicznych fundamentów albumu. Drugą podporą jest jego bardziej muzykalna
strona – wyjęte z horroru, przesterowane syntezatory, elektroakustyczne podkłady
i folkowe inspiracje. Zderzając te dwa elementy otrzymujemy intensywne doświadczenie,
tylko dla słuchaczy o mocnych nerwach. Całość epatuje poczuciem lęku i
rozpaczy, jednocześnie oferując drogę do oczyszczenia z tych emocji. Bez wątpienia
– jeden z najlepszych albumów tej dekady.
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)
.png)