JACK WHITE - NO NAME
Pamiętam czasy, kiedy byłem dzieciakiem wchodzącym w świat muzyki. Moja 13-letnia głowa nie była wówczas zbyt otwarta na nowe brzmienia. Rapem gardziłem, muzykę popową już wtedy odrzucałem, a do klasyki rocka wciąż miałem dystans. Była jednak jedna rzecz, która niezmiennie budziła wypieki na mojej małoletniej twarzy – MTV Rocks. Mająca tam miejsce toporna promocja alternatywnych zespołów z przełomu wieku, które już wtedy swoje najlepsze lata miały dawno za sobą rezonowała z moimi ówczesnymi oczekiwaniami wobec muzyki. Miało być gitarowo i bez udziwnień. No i jak najbardziej przystępnie, ale broń Boże bez żadnej łatki „pop”. Zespołem z tamtych lat, z którym mam szczególnie dobre wspomnienia jest The White Stripes.
I choć jego frontman Jack White przeszedł od tamtych chwil bardzo długą muzycznie drogę to śledziłem uważnie jego poczynania, jednocześnie zostając zdecydowanie w tyle za wszystkim innym, czego wtedy słuchałem. Nie przeszkadzało mi Blunderbuss. Lubiłem Lazaretto. Byłem naczelnym obrońcą Boarding House Reach. Zachwycałem się ze wszystkimi Fear Of The Dawn. Żadna z tych płyt nie przybliżyła mnie jednak tak bardzo do beztroskich czasów słuchania MTV Rocks jak No Name. I to w dobrym tego stwierdzenia znaczeniu.
Album ten uświadamia, że prosty, możliwie najsurowszy garage rock z przeszłości White’a zawsze bronił się sam. Po prostu nie grał on go w formie godnej wczesnych White Stripesów od bardzo dawna. Na nowym, bezimiennym wydawnictwie występuje on jednak w formie być może lepszej niż kiedykolwiek. Już pierwsze na trackliście Old Scratch Blues uderza opatrzoną bluesowymi zagrywkami gitarową agresywnością godną Toma Morello. Ostatnie wybrzmienie refrenu przy krzykliwym wokalu to moment, w którym White łapie słuchacza agresywnie za barki i nie wypuszcza, aż do ostatniego kawałka. Nie ma ani chwili na oddech – brak tu nawet charakterystycznej dla White’a ballady, czy countrowej zaśpiewki. To chyba jego pierwszy tak bezprecedensowy album, który wszystko stawia na jedną kartę – na głośne i garażowe pierdolnięcie.
Robi to oczywiście, implementując szereg inspiracji. W utworze Arcibishop Harold Holmes spotykają się wszystkie wcześniejsze nawiązania do Rage Against The Machine, tworząc rap-rockowy, maszerujący groove, który napędza maniakalny wokal. What’s The Rumpus swoją nadzwyczajną chwytliwością przypomina natomiast o power popowych refrenach i przyśpiewkach Jaya Reatarda – szczególnie w antemicznej sekcji „O! O! O!”, która brzmi jak coś wyjętego z legendarnego już albumu Blood Visions. Da się również wyczuć nawiązania do przeszłości dużo bardziej odległej. Pomijając fakt, że co drugi utwór ma w sobie coś z Led Zeppelin, są tu też przypadki, takie jak Missionary - rock and rollowy standard w stylu The Sonics, który został fantastycznie przemielony przez nowoczesne tony gitarowe. No i opatrzony paranoicznym śmiechem White’a, który plasuje się na pograniczu zabawnego i przerażającego. Mimo wielu wariacji nic nie wypada tu poza szyld garażowego rocka, tworząc bardzo spójną całość. Pomaga w tym nieoszlifowany, szorstki miks, który idealnie pasuje do tak wysokiego poziomu surowości.
Lirycznie No Name też wypada nadzwyczaj dobrze. We wspomnianym wcześniej Arcibishop Harold Holmes, White zapędza się w krytykę religijnego zbawicielstwa – robi to przyjmując rolę pastora wypluwającego z siebie zachęcające do instytucji kościelnej formułki z buńczucznością godną zapalonego marketingowca. W podobne tematy brnie on też kilka utworów wcześniej na Bless Yourself, w którym wybrzmiewa tekst „If God’s too busy then I’ll bless myself! / Jeśli Bóg jest zbyt zajęty to sam się pobłogosławię!”. Chwilę później potrafi jednak też płynnie przejść na tematy polityczne śpiewając „If you’re a cop then arrest yourself! / Jeśli jesteś gliniarzem to aresztuj się!”. Znajduje się tu też sporo wersów krytykujących przemysł muzyczny, mówiących o niezależności artystycznej i konieczności niepodążania za głównym nurtem. To naprawdę są teksty godne zapamiętania, a nie zapchajdziury, które istnieją tylko dlatego, że wypada pisać utwory ze zwrotką, czy dwoma. A tak w karierze Jacka też się zdarzało.
Chcąc dodać trochę dziegciu do tej niezwykle udanej partii miodu, powiedziałbym, że ja to przecież wszystko już gdzieś słyszałem. Oczywiście – całość tworzy tu niewątpliwie album bardzo wysokiej jakości. Od płyt, które klasyfikuje nie tylko jako jakościowe, ale też i świetne wymagam jednak patrzenia bardziej w przód niż w tył. I tu właśnie zaczyna się problem z oceną No Name. Album ten jest bowiem dla White’a krokiem w przód, podczas którego patrzy niemal wyłącznie w tył. Nie uświadczymy tu eksperymentów z brzmieniem, do których przyzwyczaił nas on na swoich ostatnich płytach. Nie znajdziemy też tu zbyt wiele zabaw ze strukturą, musząc się zadowolić klasyczną, zwrotkowo-refrenową piosenkowością. Jednocześnie dostajemy jednak najwyższy poziom energii i zawadiackości lirycznej w całej dyskografii Amerykanina. Dlatego też mimo swojej surowej prostoty album, taki jak ten był potrzebny w jego karierze – jest to powód, dla którego rozpatruje go jako krok w dobrym kierunku.
MTV Rocks skończyło nadawać w 2020 roku. Nowe pokolenia alternatywnych dzieciaków już dawno zapomniały o garażowej fali z początku wieku, a zespoły ją reprezentujące przeszły na granie jej innych, mniej surowych wariacji. No Name odnajduje się w tym świecie jako świeże, przywołując z dawno minionej sceny to co najlepsze. Czuć i przede wszystkim słychać, że dla White’a to niezwykle ważny album. Szczególnie, że cofa się on na nim do początków swojej kariery nie tylko w brzmieniu, ale też i w całej otoczce, robiąc z pierwszego, przedpremierowego nakładu swojej nowej płyty namiastkę amatorskiego wydawnictwa:
Tylko
dla nielicznych. Bez streamingu. Bez okładki. Bez nazwy. Tylko czysta energia i
chęć udowodnienia czegoś światu.
.png)
.png)