VOO VOO - SNO-POWIĄZAŁKA (1987)

 

Post-Punk, Jazz Rock

Polska stoi post-punkiem.

Biorąc pod uwagę liczbę jakościowych zespołów działających wokół tego stylu na rodzimym podwórku w latach 80-tych, trudno temu stwierdzeniu zaprzeczyć. Jakościowe niekoniecznie znaczy jednak oryginalne. Zachwyt nieosiągalną wówczas wolnością zachodniego świata często przyćmiewał w polskich muzykach kreatywność. Wszystko co zachodnie, musiało znaleźć swoje odbicie po naszej stronie żelaznej kurtyny. W post-punku i nowej fali chyba najłatwiej to zjawisko zaobserwować. Maanam? Wzorował się na Talking Heads. Siekiera? Przypomina Killing Joke. Lady Pank? Toż to prawie The Police! A takie Voo Voo? To już trochę inna bajka...

Zespół Waglewskiego czerpał inspiracje z bardzo wielu źródeł, przez co ich twórczość nigdy nie była przesiąknięta post-punkowym puryzmem. Ta otwartość pozwoliła wykorzystać wachlarz dźwięków, które rzadko były ze sobą łączone w polskiej muzyce. Na Sno-powiązałce jest dużo jazzu, avant-folku, a czasem nawet ambientu. Gatunkowy eklektyzm idealnie wpisuje się w motyw przewodni albumu - sny. Oniryczność uwydatniona jest tu przez nieoczywiste wybory artystyczne. Nerwowy rytm Esencji z zaskoczenia ucina się, popadając w radykalnie minimalistyczny ambient, a jazz rockowa mantra Ja żyje, z porównywalną nagłością, ewoluuje w antemiczne, saksofonowe outro. Te błyskawiczne przeskoki stylistyczne budzą skojarzenia z przemijalnością snów. Jeden się kończy, by momentalnie popaść w drugi i na zawsze wymazać istnienie tego poprzedniego z pamięci. I zakładam, że takie było założenie.

Oryginalność Sno-powiązałki nie kończy się jednak na eklektycznym koncepcie, czy nietypowych zabiegach. Na uznanie w tym zakresie zasługuje przede wszystkim samo brzmienie albumu, wrzucające typową dla post-punka burzliwą sekcję rytmiczną do jazzującego kotła. Główną rolę odgrywa tu młodszy z braci Pospieszalskich - Mateusz (ojciec Marka, nad którym na tym blogu już nie raz się zachwycałem). Jego saksofon stanowi trzon większości utworów idealnie odnajdując się pośród reszty standardowo rockowego instrumentarium. Zgranie i zdolności zespołu najlepiej słychać w kompozycjach przestrzennych, takich jak Zasnuty, Mantra, czy Niewidzialny. Ich meandrujący charakter pozwala na swobodny dialog między instrumentami – coś, na co w większości post-punka nie ma miejsca. Utwory te udowadniają, że w PRL-u można było stworzyć brzmienie niezwykle unikalne, lecz wciąż utrzymane w znajomej stylistyce.

To, że luźne kompozycje dają największe pole do popisu nie znaczy, że nie ma tu bardziej zwartych kawałków zasługujących na uznanie. Spośród tych najlepiej sprawdza się Senator, którego dziwacznych, hałaśliwych gitar nie powstydziłoby się nawet Sonic Youth. Nieźle wypadają też początkowe fragmenty Esencji i Ja żyje – są to utwory nerwowe i pospieszne, napędzane intensywnym rytmem. Pieczołowicie budują one napięcie i uczucie pilności. Dzięki temu ich nagłe strukturalne zwroty rozładowują nagromadzoną energię ze zdwojoną siłą. Na albumie znajdziemy też niemal popowe Kto się obudzi, zaskakujące chwytliwym riffem i melodyjną przyśpiewką. Nawet ten, wydawałoby się najprostszy utwór, przechodzi przez rozkład w drugiej połowie dodając do miksu piskliwy saksofon.

Voo Voo na Sno-powiązałce zwróciło się w głąb własnych doświadczeń, zamiast sięgać na zewnątrz i ulegać pokusie odtwarzania utartych na zachodzie schematów. Zespół wykorzystał swoje mocne strony do zbudowania całkowicie autorskiego brzmienia. Czuć tu wpływy folkowej awangardy, znane Waglewskiemu z jego epizodu w grupie Osjan. Jest też dużo zgrzytliwego saksofonu, który Mateusz Pospieszalski miał okazję doskonalić we Free Cooperation, czy Tie Break. Voo Voo nie było grupą przypadkowych ludzi, którzy zaczęli grać od wczoraj, bo chcieli brzmieć jak jakiś ubóstwiany zespół zza oceanu. Już w 1987 roku był to kolektyw doświadczonych muzyków, którzy przez lata pracowali (choć w oddzielnych zespołach) na to, aby być zdolnymi do stworzenia brzmienia Sno-powiązałki. I to chyba właśnie był klucz do sukcesu.