Kanye West & Ty Dolla $ign - Vultures 1


Pop Rap, Trap, Experimental Hip-Hop

O Kanye Weście wiele można powiedzieć. To co mało kto mu jednak zarzuca to nuda podczas śledzenia jego muzycznych poczynań. Każdy kolejny wydawany pod jego nazwiskiem album był zawsze dołożeniem całkowicie unikalnej cegiełki do budowanej przez niego artystycznej spuścizny. Nawet w ostatnich latach, uważanych powszechnie za czas jego artystycznego przestoju, światło dzienne ujrzały projekty tak zróżnicowane jak skrajnie minimalistyczne i przestrzenne ye, gospelowo-chóralne Jesus is King czy pogrzebowa, zdominowana przez organowy pogłos Donda. Jeśli Vultures 1 ma być kolejną cegiełką budującą piramidę tego dziedzictwa, to jest ona na tyle krucha i wypłowiała, że wprowadza na niej skazę i zwiększa ryzyko zawalenia.

Już na poziomie pozamuzycznym albumu widać brak motywu przewodniego i spójnego konceptu. Niby jest on partnerską, równoprawną kolaboracją z Ty Dolla $ign’em, a jednak na samej okładce widnieje tylko postać Kanye, a utwory odwołują się głównie do jego życia. W odbiorze albumu jako przemyślanego dzieła nie pomaga też tracklista, która uległa niemal całkowitej zmianie na dzień przed premierą, zastępując większość zapowiadanych wcześniej house’owo zorientowanych utworów dość konwencjonalnym trapem. Jest to tym bardziej nieuzasadnione mając na względzie to jak dobrze odnajduje się Ty Dolla $ign w owej porzuconej stylistyce. Na wielu dodanych w ostatniej chwili utworach jego inkluzja wydaje się natomiast niczym więcej jak tylko późną refleksją (Keys To My Life, Paperwork, King). Wokalna obecność Kanye wcale nie jest zresztą lepsza - szczególnie pod względem lirycznym. Biorąc pod uwagę to jak chaotyczne były ostatnie dwa lata życia Amerykanina mogłoby się wydawać, że będzie on miał dużo więcej do powiedzenia. Nie wykracza on jednak poza swoją, wypracowaną już jakiś czas temu strefę komfortu, skupiając się głównie na wykorzystywaniu infantylnego, szokowego humoru, który szybko zaczyna męczyć. Słynna dla niego niegdyś przemyślana autoironia staje się tym samym zupełnie nieświadomą autoparodią. Niemal parodystycznie wypadają także utwory silące się na industrialny eksperymentalizm – Paperwork i Hoodrat. Ich agresja nie jest spożytkowana do tworzenia kontrastujących, ewoluujących struktur znanych z Yeezus, przyjmując zamiast tego postać irytującej, nieukierunkowanej papki, która muzycznie kończy się w tym samym miejscu, w którym się zaczyna. Nie jest to jednak koniec zarzutów względem struktury. Czasy, kiedy Westowi zależało na pisaniu dobrych piosenek są już bowiem dawno minione. W większości utworów próba zabawy strukturą nie jest nawet podjęta. Choć to tam, gdzie się ona pojawia najbardziej uwidacznia się brak wizji w tym zakresie – zarówno Talking, jak i Beg Forgiveness nagle zmieniają się w czasie swojego trwania w zupełnie inne utwory, nie siląc się nawet na tworzenie płynnych przejść. W ten sposób dwa niedoszlifowane kawałki, zmieniają się w jeden "skończony" produkt, który można jeszcze sprzedać z łatką ambitnego beat switcha.

Kończąc narzekanie – Vultures 1 jest w stanie dostarczyć sporo tępej rozrywki. Jest tu wiele utworów, które trudno pokochać, ale bardzo łatwo polubić. O dziwo do tej kategorii zaliczają się głównie kawałki bardzo proste w przekazie i formie. Oparte o basowo-syntezatorowy groove Fuk Sumn przechodzi rytmiczną ewolucję, dodając do miksu pomrukujący sampel, który świetnie kontrastuje z absurdalnie piskliwym, modulowanym bridgem. Poza zmianami beatu utwór wypchany jest także inną treścią. Od wprowadzającego w klimat intro, przez fantastyczne występy gościnne Playboia Cartiego i Travisa Scotta, aż po nadzwyczaj chwytliwy hook. Tym bardziej cieszy fakt, że ten najlepszy na albumie utwór w pierwotnej wersji stworzony został przez producentów z rodzimego podwórka – SHDOWa i Hubiego (są oni też odpowiedzialni za Stars i Keys To My Life). Poza trapową sieczką są też całkiem udane utwory sentymentalne i piosenkowe. Tę stronę albumu najlepiej reprezentuje Good (Don’t Die), wykorzystujące widmowe melodie wokalne Donny Summer i minimalistyczne syntezatorowe pady do zbudowania gęstej atmosfery nieodbiegającej wiele od wczesno-elektronicznego Radiohead. Jest też wpadający z niezwykłą łatwością w ucho refren Back To Me i otaczający go pocięty sampel wokalny, stający się melodycznym napędem podkładu. Na pochwałę w tym samym utworze zasługuje też świetny występ Freddiego Gibbsa stanowiący najjaśniejszy rapowany moment płyty. Nieco bardziej słoneczne, lecz nie mniej piosenkowe Burn spodoba się natomiast fanom pierwszych albumów Westa, na których nagrywanie treściwych zwrotek było jeszcze w zasięgu jego zainteresowań. Nawet te wymienione przeze mnie lepsze chwile płyty trudno jest jednak nazwać pozytywami – wypadają tak one tylko poprzez zestawienie ich z resztą miałkiej tracklisty.

Vultures 1 to trudny do opisania projekt. Jeden z tych, o których nie ma wiele do powiedzenia po zakończeniu odsłuchu, gdyż dostarcza minimalną ilość odczuć zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Jest trochę jak taśmowy produkt mający odhaczyć wszystkie cechy charakterystyczne albumów Westa, jednocześnie robiąc to jak najmniejszym wysiłkiem i nakładem zasobów:

Megalomania – jest;
Wymamrotane, ledwo skończone zwrotki – są;
„Eksperymentalna” produkcja – jest;
Niemal niezmienione od oryginału sample wokalne – są;
„Kontrowersyjne” wersy – są.

Na koniec pozostaje jeszcze jedna zagwozdka. Jak (a przede wszystkim dlaczego) West chce rozłożyć tak płytki i nieabsorbujący koncept Vultures na aż trzy części?

Najlepsze utwory: Fuk Sumn, Back To Me, Burn, Good (Don’t Die)
Najgorsze: Paperwork, Hoodrat, King, Vultures, Paid