Travis Scott - Utopia
Ryzykowny kompromis
Trap, Experimental Hip-Hop, Pop Rap
Gdy tylko w intrze wyczekiwanego wydawnictwa amerykańskiego rapera i producenta wybrzmiał sampel legend prog rocka z Gentle Giant przeczuwałem, że będzie to projekt ambitniejszy niż popowo zorientowany Astroworld. Z satysfakcją mogę stwierdzić, że te przypuszczenia w dużej mierze okazały się być prawdziwe – Utopia w zestawieniu z poprzednim albumem Amerykanina jest tworem znacznie bardziej ryzykownym i odważnym. Nie znaczy to jednak, że jest ona całkowicie bezkompromisowa.
Po wspomnianym, samplowanym preludium następuje nawał napastliwej perkusji, odnajdującej się w wyrywnym beacie Hyaeny. Towarzyszy temu flow promieniujące energicznością, niespotykaną u Scotta od czasów Rodeo. Buńczuczna werwa nie przestaje się także wylewać z kolejnych utworów Utopii, które fascynują produkcyjną jakością, porzucając psychodelię Astroworld na rzecz industrialu, eksperymentalizmu i chaotyczno-sentymentalnej klubówki. Najbardziej banalnym, lecz adekwatnym skojarzeniem do prezentowanego tu stylu są modernistyczne tendencje Kanye Westa. Jego wpływ jest zresztą nie tylko pośredni, ale również namacalny – na trackliście Utopii figurują 3 utwory, które pierwotnie znajdowały się na wczesnej wersji Dondy (Thank God, God’s Country, Telekinesis) oraz jeden wyjęty wprost z sesji nagraniowych Yeezus sprzed dekady (Modern Jam). Daje to łącznie aż 4 utwory niegdyś należące do Ye. Travis niestety nie próbuje nawet nadać im własnego charakteru, skupiając się jedynie na perfekcji fantastycznie wybrzmiewającego odtwórstwa. Podobnie obchodzi się również z ewidentnymi wpływami art-popowymi, przywodzącymi na myśl FKA Twigs oraz występujących gościnnie Jamesa Blake’a i Bon Ivera. Przetarte przez tych artystów szlaki powielane są przez Scotta w Delresto, My Eyes i Parasail. Styl rapera przebija się tu nieco bardziej niż w utworach zapożyczonych od Westa, lecz wciąż zdaje się on być stłumiony przez dominujące inspiracje. W konsekwencji Utopia przepełniona jest fenomenalnie brzmiącymi utworami, którym brak tożsamości.
Jest to jednak projekt zaskakująco spójny. Mimo dużego zróżnicowania, każdy utwór trzyma się dystopijnej konwencji stylistycznej. Udaje się ją zachować nawet w kawałkach bardziej przebojowych, starających się być radiowymi wabikami. Promujący album K-Pop wciąż nie wywołuje pozytywnych wrażeń i jest najsłabszym ogniwem całego projektu, jednak w kontekście dość odważnej całości łatwiej dostrzec w nim art-popowe inspiracje poprawiające nieco jego ogólny odbiór. Przeważająca część albumu jest jednak dużo bardziej stonowana i stawia raczej na nieoczywiste brzmienia niż przebojową taneczność K-Popu. Scott często nie stara się za wszelką cenę tworzyć szlagierowych refrenów i zamiast tego funduje słuchaczowi nieprzewidywalne progresje strukturalne. Delresto, Skitzo, My Eyes, czy Til Further Notice to najlepsze przykłady swobodnych, jak na gatunek kompozycji, w których zacierają się granice między zwrotką i hookiem, a podkład ewoluuje w zaskakujących kierunkach.
Nie wszędzie na Utopii te ewolucje zachodzą jednak w zgrabny sposób. Pierwsza, instrumentalna część Lost Forever aż prosi się o więcej przestrzeni, zanim zmieni się w grime’ową, jednostajną papkę, a Telekinesis wykorzystuje ciekawy motyw melodyjny, który powtarza do bólu, nie robiąc z nim nic intrygującego. Strukturalna banalność licznych klawiszowych outro Mike’a Deana powoduje natomiast jedynie przewracanie oczami. Raper ewidentnie nie może też uwolnić się od sprawdzonych już przez niego komercyjnie schematów - w Circus Maximus próbuje on ratować beat, który brzmi, jakby został wyprodukowany w 5 minut na paczce efektów Yeezus chwytliwymi przyśpiewkami The Weekend. Meltdown jest natomiast całkowicie zmarnowane na tanią próbę stworzenia kolejnego hitu z jak zwykle bezbarwnym Drakiem. Scott na Utopii sprawia wrażenie rozdartego między eksperymentalny sentyment, a radiową konieczność, nie podejmując tym samym całkowitego ryzyka. Chciałoby się zobaczyć więcej utworów awanturniczych - tym bardziej, że w ogólnym brzmieniu albumu są ku temu podstawy.
Przez wzgląd na silne, jednoznacznie nakreślone wpływy innych artystów, trudno jest nazwać Utopię projektem oryginalnym. Travis nie sili się na nieszablonowość, lecz na sprezentowanie jak najdoskonalszej fuzji wpływów innych, przełamujących bariery artystów ostatniej dekady. Pomimo, że adaptowane style zakorzenione są w eksperymentalizmie to brak tu niezbadanych wcześniej sposobów ich eksploracji. I w zasadzie nie powinno się nawet mieć za to szczególnych pretensji – Scott mógłby przecież tworzyć muzykę dużo bezpieczniejszą, bez zmian swojej sprawdzonej stylistyki. Niewielu artystów w jego pozycji miałoby odwagę wydać swój ekwiwalent Utopii. I za to należą się słowa uznania.
.jpg)
.png)