Tim Hecker - No Highs
Zamglone wzloty
Ambient, Drone, Post-Minimalism
Połączenie glitchu z zakłóceniami radiowego odbiornika na Radio Amor czy kościelne, organowe echo rozchodzące się po Ravedeath, 1972 to dla mnie kluczowe momenty muzyczne, definiujące nie tylko charakter samego ambientu, ale także całej sceny alternatywnej XXI wieku. Dlatego Tim Hecker zawsze będzie dla mnie artystą ważnym – tym, który wraz z innymi przedstawicielami glitch-ambientu takimi jak Christian Fennesz czy Oval, wykradł ideę muzycznej relaksacji legendom gatunku i oddał ją światu w formie paradoksalnej, zderzającej subtelną melodyjność z falami ciepłego, spowijającego noise’u.
No Highs jest porzuceniem owego, urokliwego paradoksu na rzecz bezpiecznej kalkulacji. Nie ma tu radykalizmu lub ryzyka w żadnym wymiarze – budowane przez Kanadyjczyka tekstury obfitują za to w tanie zabiegi emocjonalne. Zwiększająca się do skrajnych poziomów głośność syntezatorowych padów na Monotony próbuje wymusić emocje bez ambicji ich naturalnego wywołania. Upiorne, rozproszone syntezatory na Glissalia tworzą natomiast immersyjną atmosferę i bańkę dźwięków, z której nie następuje żadna ewolucja poza wytworzoną przez nią strefę komfortu. Nawet ciekawsze kompozycje – takie jak burzliwe, opatrzone smyczkami In Your Mind – padają ofiarą ogólnego problemu albumu, jakim jest długość utworów, połączona z brakiem spoiwa między nimi. Nie ma tu bowiem, klasycznych dla Heckera, płynnych przejść do kolejnych kompozycji oraz kontynuowania w nich motywów wprowadzonych wcześniej. Najbardziej tracą na tym, dominujące na trackliście, utwory krótkie (aż 6 utworów poniżej 3 minut) – nie dają sobie one czasu na wytworzenie w nich ciekawej progresji, lub wprowadzenie słuchacza w medytację.
Jeden z bardziej intrygujących zabiegów stanowią natarczywie repetytywne klawisze na Monotony I/II, Lotus Light i Anxiety, stanowiące analogię do wczesnego minimalizmu (In C Terrego Rileya). Przeistaczają się one w trakcie trwania utworów w bogate tło dla reszty stopniowo inkorporowanego instrumentarium. Pozytywnie zaskakuje też organiczność wydawnictwa – Kanadyjczyk zgrabnie łączy smyczki i instrumenty dęte z otaczającą je elektroniką. Najlepszym tego przykładem jest opatrzone frywolną saksofonową solówką Colina Stetsona Monotony II, które po stworzeniu niepowtarzalnej tekstury niestety zmierza donikąd. Podobnych momentów stawiających słuchacza gdzieś pomiędzy harmonijnym ukojeniem, a strukturalnym niedosytem jest tu zdecydowanie zbyt wiele. Chciałoby się lepiej zapoznać ze szczegółową fakturalnością utworów – Hecker niestety utrudnia to znacząco brakiem, charakteryzującej go niegdyś, kompozytorskiej wyobraźni.
Mglisty – to nie tylko przymiotnik określający sam teksturalny charakter tej muzyki, ale także jej artystyczne walory. Zgodnie z tytułem, brak tu wzlotów, które wynosiłyby album na poziom ponadprzeciętny. Nie wyobrażam sobie aby w mojej świadomości zagościł on jako cokolwiek ponad miły w odbiorze, lecz bezpieczny i niezwykle zamglony blok dźwięku.
Najlepsze utwory: Anxiety
.jpg)