TERRY RILEY - Poppy Nogood and the Phantom Band "All Night Flight" (1968)
Duchowa jedność
Minimalism, Drone, Free Jazz
1968
„Najwyższa
wibracja muzyki to dla mnie ten punkt, w którym prowadzi nas ona do autentycznego
zrozumienia czegoś w naszej naturze, do czego bardzo rzadko możemy się dostać.
Do stanu duchowej jedności.” – Terry Riley
Kiedy
na ulice Stanów Zjednoczonych wychodzili niesieni przez muzyczną psychodelę
hipisi, wyrażający swą niechęć do trwającej wówczas wojny w Wietnamie, w
nowojorskim podziemiu działał Theatre of Eternal Music. Założona przez
La Monte Younga grupa tworzyła rzemiosło stojące gdzieś pomiędzy
klasyczną awangardą (John Cage), a tradycyjną muzyką hinduską (Ravi
Shankar), nadając jej własny, oryginalny charakter. Rozciągnięte,
ekstremalnie powoli ewoluujące, instrumentalne fale były medytacyjną
eksploracją tego, co można zrobić z dźwiękiem. Niekończące się minimalistyczne kompozycje często
składały się zaledwie z kilku tonów, podkreślając znaczenie harmonii nad dominującą
na zachodzie melodykę – pozwoliło to osiągnąć efekt ciągłej mantry, która była
dla słuchacza tak samo obca, jak i kojąca. Podczas gdy hipisi krzyczeli o
marzeniach na ulicach, nowojorska awangarda tworzyła muzykę nimi emanującą.
Jednym
z członków Theatre of Eternal Music był Terry Riley, który porzucił
swój udział w zespole w drugiej połowie lat 60-tych, na rzecz solowo realizowanej,
bardziej muzykalnej formy minimalizmu. Zachował on jednak w swojej muzyce
pierwiastek, którego nauczył się od Younga – priorytet transowości. Poppy Nogood and The
Phantom Band jest kompozycją definiującą zarówno twórczość Rileya, jak
i całą scenę wczesnego minimalizmu. Utwór zaczynał jako wiecznie ewoluujący, żywy
projekt tworzony wraz z publicznością podczas występów na scenie, aby niedługo
później, w odmienionej formie, znaleźć się na najbardziej cenionym wydawnictwie
Amerykanina – A Rainbow In Curved Air. Jednak to podczas koncertu All
Night Flight wszystkie elementy układanki złożyły się w symbiotyczną
całość. Ewolucja, która następuje jest bardziej statyczna, związana z subtelną
zmianą tonów i taśmową manipulacją, aniżeli strukturalną tranzycją w saksofonowy pasaż, który
dominuje całość, jak to ma miejsce na wersji albumowej. Utwór tym samym, zachowuje
swój medytacyjny charakter przez całą ciągłość, koncentrując się znacznie
bardziej na transferze budowanej skrupulatnie atmosfery.
Kompozycja
odbiega też znacząco od wcześniejszego dzieła Rileya – In C. Pulsująca
rytmika zastąpiona jest bowiem naleciałościami free jazzowymi – błąkającym się saksofonem
(a’la Coltrane), który wdaje się w dwugłos ze statycznym burdonem. Dęta
improwizacja nigdy nie koliduje jednak, w odróżnieniu od studyjnego wykonania,
z nadrzędnym celem, jakim jest uzyskanie transowego dronu – wręcz przeciwnie. Stanowi
ona główny środek do jego wytworzenia, nie uciekając w zbyt dużą tonalną odmienność
i zapewniając melodyczny punkt zaczepienia. Wyrwanie z niego przynoszą nieraz
pojawiające się manipulacje taśmą nagraniową, opóźniające i powtarzające
dźwięk. Ta nowatorska, jak na lata 60-te technika, uważana za ważną dla
późniejszego rozwoju muzyki elektronicznej, wytwarza nagłe, nieregularne zrywy,
które budzą z transu i szybko wprowadzają w niego z powrotem ze zdwojoną siłą. Po
czasie kreuje to oś powtórzeń, która potęguje efekt zagłębienia w kompozycję.
Trans w gwałtowności - piękny paradoks.
Pojawiający
się sporadycznie statyczny, biały szum stanowi natomiast gęste tło dla reszty
instrumentalnych poczynań. Tworzy niepowtarzalną teksturę dźwiękową, w której
eteryczna całość spotyka się z szorstkością wzmocnionego hałasu. To znak
rozpoznawczy Tima Heckera, ponad trzydzieści lat przed rozpoczęciem jego
muzycznej działalności. Wpływów na późniejszych artystów można również
dopatrywać się w bliskim zżyciu Rileya z nowinkami technologicznymi. Zabawa
taśmą nagraniową to ścisła paralela do pierwotnych technik wykorzystywanych
przez dub i hip-hop zanim te zostały zdominowane przez komputerową produkcję.
Podobne metody zaadoptowali też, niedługo później, ważni przedstawiciele
ambientu tacy jak Brian Eno, zwracając na nie uwagę szerszego grona
odbiorców. Również sama idea całonocnych występów na żywo, podczas których
rodziło się Poppy Nogood and The Phantom Band, wzbogacanych psychodelicznymi
substancjami promowanymi przez samego artystę, tworzyła niespotykaną wówczas aurę,
eksplorującą bardziej kulturalne formy ich zażywania – muzyka miała pełnić rolę
ścieżki dźwiękowej dla poszerzającej się świadomości słuchacza.
Nie
chcę nikogo oszukiwać – nie umiem pisać o muzyce nieuchwytnej. Takiej, która
jest zbyt wrażliwa i delikatna, aby sprowadzić ją do formy tak prostackiej jak
blok tekstu. Sens medytacyjnych i emocjonalnych doznań ukrytych w oszczędnych
teksturach minimalizmu jest niemożliwy do przekazania w mającym swe
ograniczenia piśmie – All Night Flight to coś czego trzeba doświadczyć
samodzielnie. Sam kontekst historyczny i szeroka lista artystów wspominających
wczesną twórczość Rileya (The Who, Brian Eno, Mike Oldfield, Damon
Albarn, LCD Soundsystem) dowodzi jednak najlepiej jego
wagi. Samo Poppy Nogood and The Phantom Band padło ofiarą swego
futuryzmu, zostając, w swoim czasie, w dużej mierze przyćmionym przez inne
kompozycje Amerykanina. Było psychodeliczne, ale zbyt awangardowe dla hipisowskiego mainstreamu oraz awangardowe,
lecz zbyt psychodeliczne by wpisać się jednoznacznie w nowojorskie podziemie. Niemniej,
stało się ważną częścią muzycznej historii pomagając, już przez ponad 55 lat, zrozumieć ukryte aspekty ludzkiej
natury - osiągać stan duchowej jedności.
.jpg)