Podsumowanie Roku 2022 - Top 10





Uwielbiam, gdy artyści tworzą dzieła jak najmniejszą ilością środków, bez utraty poczucia pełni. Kilynn Lunsford na swoim pierwszym solowym albumie porusza się po wytyczonym w latach 80-tych szlaku post-punkowej awangardy. Zwarte i satyryczne utwory przywodzą na myśl Suburban Lawns, ale w bardziej minimalistycznym wydaniu, przypominającym nieco podejście DIY reprezentowane przez Daniela Johnstona.

Ciągnące się często przez całość utworów, monotonne, acz szorstkie gitarowe riffy opatrzone elektroniczną perkusją dają poczucie skrajnej prostoty i niewinności. Podkłady dopełniane są jednak sprawiającym wrażenie pełnego i dominującego całość wokalu. Dzieje się tak głównie przez zastosowanie autorskiej techniki Fluid Fidelity opisywanej na stronie Bandcamp artystki jako: „Nagrywanie całości bardzo płasko z tanim, zepsutym sprzętem i rytmami poza czasem, dźwiękami bez pogłosu i poczucia przestrzeni i łączeniem tego z wysokiej klasy mikrofonami, tak, aby wokal był na pierwszym planie, prawie do tego stopnia, żeby był oderwany od muzyki". Owa technika połączona z licznymi eksperymentami wokalnymi - traktowaniem wokalu niemal jako dodatkowy instrument tak jak w utworze No Disabuse, czy niepokojącymi efektami na Three Babies Make Ten dają efekt obecności wokalnej nieodbiegającej wiele od Diamandy Galas, lecz w bardziej niewinnej formie.

Mimo, że solowy projekt frontmanki Taiwan Housing Project to album mocno oparty na eksperymentach to wciąż silnie zakorzeniony w punkowej prostocie – dudniących riffach i liryce opierającej się na społecznym buncie przeciwko statusowi-quo. Custodians of Human Succesion to kolaż skrajnego minimalizmu i niewinności w buntowniczej formie. Niemal jak dziecko starające się replikować szkice dorosłych kolorową kredką na pogiętej kartce papieru – urzekające.


Trudno jest jednoznacznie określić pozycję Szczyla na polskiej scenie rapowej. Ewidentnie w jego wizerunku można doszukać się młodzieżowego zawadiaki, lecz nie takiego, u którego czupurność przyćmiewa samą inteligencje na mikrofonie. W sferze muzyczno-lirycznej młody raper balansuje bowiem między świeżą, trapową przewózką, a old-schoolowym, inteligenckim boom-bapem.

Zrozumiałe jest zatem, że ta muzyka dociera zarówno do młodzieży, jak i do bardziej leciwych – mamy tu opartą na jazzowych samplach, klasyczną produkcję legendy boom-bapowej sceny (Magiera) i liryczne podejście, które w wielu utworach jest bardziej inteligenckie niż przewózkowe. Z drugiej natomiast, są tu też podkłady i teksty ewidentnie targetujące młode pokolenie. Jakby nie patrzeć, 8171 to album eklektyzmu i przeciwności. Również w eksperymentalnym wymiarze. Agresja refrenu Hamuj się kontrastuje z eterycznym, auto-tunowym bridge’em, kojarzącym się z cloud-rapowymi poczynaniami szwedzkiego Drain Gangu. Stonowane i osobiste To do wszystkich tych, którzy czuli się źle dziś natomiast nagle spotyka się z głośną, stadionową przyśpiewką występującego gościnnie Kacperczyka. Tradycjonalny beat Rynsztoku przełamany jest nowo-szkolną zwrotką Holaka. Każde yin ma swoje yang.

Szczyl pokazuje, że można korzystać zarówno ze świeżości dzisiejszej rapowej sceny jak i z przeszłego hip-hopowego dziedzictwa, jednocześnie tworząc coś oryginalnego, niezaprzeczalnie własnego.  Rapując „środkowy palec nowym i starym szkołom” tak naprawdę je łączy. Łączy jazz z trapem. Łączy inteligencje z przewózką. Łączy pokolenia.


Na Prison Jar amerykańska grupa zostaje doposażona w dodatkowych muzyków, a co za tym idzie – dodatkowe instrumenty. Owocuje to zmianą brzmienia w kierunku psychodeli, elektroniki i chaotycznego jazz-punku. Owa transformacja słyszalna jest już na pierwszych kilku utworach. Xallelujah Daemon tonie w nagłym ataku słodkich w odbiorze syntezatorów, Hyper Xtal Immolation inkorporuje elementy drum’n’bass, a Monkey With a Bomb to jazzujący zamęt ubrany w szaty noise rocka. Mimo tak wielu nowych wpływów, udaje się zachować unikalną tożsamość – charakterystyczna, często atonalna gitara (a’la This Heat) Zacka Hubbard’a oraz agresywne bębny Jamesa Vavrek’a nadal stanowią trzon zespołu, który utrzymuje jego noise rockowo-progresywne korzenie nieodległe od zespołów takich jak Ruins czy Sleepytime Gorilla Museum. Wokalista Tyler Blensdorf również kontynuuje swój styl oparty na atechnicznych pół-krzykach. Tym razem frontman zapewnia jednak także więcej melodycznych fragmentów, podczas których reszta zespołu hamuje, dając odetchnąć słuchaczowi i odpocząć od nieustannego instrumentalnego kotła. To właśnie te momenty, takie jak refreny Life Beam, Facebook Aliens i Sugar Asshole wybijają się na muzyczny piedestał i stanowią ujście dla nagromadzonych przez ciągłość albumu emocji.

Poprzez nowe instrumentarium Stabscotch prezentuje na Prison Jar zderzenie ich dotychczasowego gwarnego stylu z hipnagogiczną cukierkowością. Zwiększona melodyjność wokalna podparta jest ciepłymi syntezatorami (Xallelujah Daemon) i shoegazującymi riffami (And Lo). W efekcie większość albumu jawi się jako oryginalna synteza Ariela Pinka oraz The Residents wzmocniona o kilka poziomów głośności i szaleństwa. Synteza ta zapewnia słuchaczowi album chaotyczny, eksperymentalny, ale jednocześnie relatywnie przystępny – a dla samego zespołu to odważny skok w nieznane, który kończy się udanym telemarkiem.


Lauten der Seele to ambientowy projekt Christiana Schoppika opierający się na wykorzystaniu sampli z dawnych niemieckich filmów gatunku Heimatfilm. Nurt ten powstał ze względu na potrzebę podniesienia na duchu narodu niemieckiego po zniszczeniu kraju podczas II wojny światowej. Filmy prezentowały idylliczny obraz niemieckiej ludowości promującej rodzinne wartości, miłość i przyjaźń.

Album jest kolażem tajemniczych, zatrzymanych w czasie wspomnień z tamtego okresu, przesiąkniętych melancholią i smutkiem, z nieśmiało prześwitującym przez nie czasem promykiem nadziei. Zadania albumu przerastają zatem, cele muzyki jako takiej, mając pochłonąć słuchacza i pomóc zrozumieć emocjonalne zakamarki prezentowanej rzeczywistości. Nie jest to trudne ze względu na niespotykaną jak na ambient i drone muzykalność zestawu utworów sprezentowanych przez niemieckiego artystę – każdy z nich poza emocjonalną podróżą zapewnia, także doznania czysto muzyczne. Schoppik niewątpliwie czerpie z wrażliwości dzieł Leylanda Kirby’ego (The Caretaker) znajdując jednocześnie własną drogę nie tylko poprzez oryginalną bazę sampli, ale także szeroką gamą instrumentów je wzbogadzających takich jak akordeon, flet czy gitara. Co więcej, jest to muzyka ciągle ewoluująca, a nie statyczna jak spora część dronów opartych na samplingu. Utwory takie jak Das Biotop im Traum und in der Wirklichkeit, Strahlenkranz Schweinfurt czy Gedanken der Mückenlarven in der Regentonne bei Vollmond płynnie inkorporują w trakcie ich trwania dodatkowe instrumenty, tym samym nigdy nie nużąc i utrzymując zaangażowanie słuchacza.

Niemiecki artysta eksploruje prezentowaną rzeczywistość, nie podając nam jasnej odpowiedzi co do zasadności idealizmu Heimatfilm'ów – interpretacja należy do nas samych, pozostawionych jedynie z bagażem emocjonalnym przybliżającym nam te czasy. I ze świetną muzyką, uwieczniającą je na zawsze.


Projekt Jay’a Crocker’a do tej pory kojarzony był głównie z pograniczem minimalizmu i elektroakustyki. Na najnowszym wydawnictwie kanadyjczyk prezentuje jednak zestaw utworów, przede wszystkim jazzowych - lecz z futurystycznymi naleciałościami gatunków w ramach których wcześniej operował artysta. Nie ma tu półśrodków - dostajemy muzykę, w której bezkompromisowo na pierwszy plan wysunięte są obce do tej pory naleciałości. Perspektywa artysty który wcześniej nie operował w ramach gatunku umożliwia natomiast nowe, oderwane od utartych szlaków spojrzenie. Spojrzenie przepełnione eksplozywną pasją, niczym nieskrępowaną wolnością i przede wszystkim - świeżością.

Nu jazz, który powstaje w wyniku tych namiętności można porównać do eksperymentalnych poczynań Orneta Colemana zestawionych z elektroakustycznymi teksturami, zagęszczającymi całość. Mamy tu bowiem atonalność i skrajną swobodę klasycznego instrumentarium oraz towarzyszące mu syntetyczne dodatki. Utwory takie jak Body Stone, Familiar Science oraz Ballad In 9 wzbogacone są natomiast przez wokale i przyśpiewki wprowadzające element prostoty i punkt zaczepienia do pokręconych aranżacji.

Joyfultalk wywalcza sobie pewne miejsce wśród moich ulubionych nu jazz’owych artystów stając dumnie obok Planet Battagon i rodzimego Błota. Kanadyjski projekt, wraz ze swymi elektroakustycznymi naleciałościami przeszłości oferuje jednak coś odmiennego od dobrze wybadanych już w jazzie IDM’owych czy hip hopowych wpływów charakteryzujących wyżej wymienione zespoły. Wynikiem jest abstrakcja całkowicie oryginalna.


Powieść Cormac’a McCarthy’egoBlood Meridan – na której oparty jest debiutancki album An Evening Redness często nazywana jest anty-westernem – odłamem popularnego gatunku literacko-filmowego, który zamiast romantyzować prostotę życia na dzikim zachodzie, przedstawia jego bardziej ludzkie, psychologiczne aspekty. Porzucony jest w nim binarny podział na dobro i zło, a trzymająca w napięciu akcja i przygoda nieraz zastępowana jest przez wnikliwe studium wnętrza bohaterów. Tym co pozostaje niezmienione jest jedynie historyczna oprawa.

An Evening Redness to projekt refleksyjny i medytacyjny, zakorzeniony w tradycyjnej americanie, przybliżającej nas atmosferycznie do Stanów Zjednoczonych połowy XIX wieku. Podobnie jak klasyki anty-westernu zakreśla kontekst oprawy, która jest bazą do emocjonalnej eksploracji. Długie utwory ewoluują bardzo powoli, dając czas na zagłębienie się w ich ciężkim gitarowym dronie (a’la Earth), nigdy nie odbiegając zbyt daleko od wyznaczonej wcześniej otoczki za sprawą akustycznego fingerpickingu i slide’u. Duch amerykańskiego prymitywizmu i klasycznego blues’a unosi się niemal przez cały album. Alkali brzmi jak zagubiony utwór z późnej twórczości Johna Fahey’ego eksperymentującego z dronem i noisem na Womblife czy The Mill Pond. The Judge maluje natomiast obraz pustynnej Ameryki poprzez stonowane melodie harmonijkowe. Album zamyka najbardziej wybuchowa kompozycja – Black Flame at the Edge of the Desert – opatrzona progową solówką i hałaśliwym finiszem.

Dzięki refleksyjnemu podejściu albumu do przyjętej oprawy, możemy jako słuchacze doświadczyć prawdziwej immersji w ten świat, niemożliwej do osiągnięcia przy zastosowaniu bardziej klasycznych, odtwórczych technik. Warto dać się przenieść poprzez mroczny, niepokojący burdon na prerie XIX wiecznego Teksasu. Nie będzie to jednak podróż przepełniona przygodą i akcją – raczej pięknem zadumy ukrytej tam gdzie zwykle trudno ją dostrzec.


Przełamanie tradycji nie zawsze przychodzi z łatwością. Budzi ona przecież wielkie przywiązanie i szacunek. Gdyby jednak nie ulegała ewolucji to nigdy nie byłaby przystosowana do aktualnych czasów, a w rezultacie przestałaby być kultywowana. Wraz z rozwojem społecznym przychodzi bowiem czas na zmiany obyczajów. Ima to obraz ewoluującej tradycji.

Irański duet muzyków – zajmujący się elektroniką Tegh oraz skrzypek Adel Poursamadi – zwiedzają wspólnie meandry irańskiej muzyki folkowej nadając jej poprzez elektroniczny inwentarz zupełnie nowego wydźwięku. Topią ją głęboko w dronowych i industrialnych wpływach, które okazują się być dla niej niezwykle komplementarne. Wynurza się z tej głębi muzyka fascynująco niebanalna, aktualizująca dawne schematy myślenia. W rozpoczynającym album Bad’a harmonia elektronicznego burdonu zderzającego się z akustyką nagle przeradza się w eksplozję agresywnego glitchu podpartego tradycyjną smyczkową melodią. Niczym zepsuty, osamotniony komputer porzucony na polanie irańskiego stepu. Metaliczna syntetyczność i folkowa natura.

Taki właśnie jest cały album. Rozpaczliwe tekstury dźwiękowe zakorzenione w tradycji, ale jednocześnie ją przełamujące.


John Locke stwierdził niegdyś, że „tam gdzie kończy się prawo, zaczyna się tyrania”. Tłumaczenie tytułu, branej na tapet płyty to Cztery prawdy – każda odpowiadająca jednemu utworowi. Słuchając dzieła sama nasuwa się interpretacja, jakoby celem było poszukiwanie prawdy między niczym nieograniczoną anarchiczną hegemonią improwizacji, a prześwitującymi pośród niej elementami struktury – tyranią, a prawem. Włoski kwartet balansuje na granicy jednego i drugiego.

W odróżnieniu od wielu innych improwizowanych dzieł muzycznych zaznamy tu bowiem znacznie większej strukturalności – muzycy dają sobie czas na zagłębienie się w riffie, zanim nastąpi przejście do następnego. Dzięki temu powstaje muzyka niezwykle nagradzająca słuchacza, acz wciąż niepozbawiona szaleńczego pierwiastka charakterystycznego dla nieukierunkowanych kompozycji. Pierwszą na liście odsłuchu jest ponad 20 minutowa awangardowa suita, kończąca się eksplozywną gitarą, którą – gdyby nie była opatrzona jazzującą perkusją – można by porównać do no wave’u Glenna Branci. Następny w kolejności utwór pozytywnie zaskakuje natomiast bluesowym riffem stanowiącym na początku drugi plan dla melodycznej linii basowej, z czasem wzmacniając swoją obecność i zmieniając się w dysonansową solówkę (a’la Derek Bailey) otoczoną rytualnymi bębnami. Podobna ewolucja następuje w La quarta verita, tyle, że tym razem gitara przyjmuje nieco bardziej klasyczną, chwytliwą postać.

Biorąc pod uwagę jak udany to album, chciałoby się rzec, że Locke miał rację – nawet w najbardziej swawolnej anarchii potrzebne są zręby struktury. To gdzieś pośród nich leży tytułowa verita - prawda.


“Krzywe myśli i wypalone nawyki” – to translacja tytułu najnowszego wydawnictwa wychodzącego ze szwedzkiego podziemia. Świetnie oddaje ona charakter zawartości – brudny, skrzywiony i definitywnie nienormalny. Nie powinno to jednak dziwić, gdyż członkowie zespołu to muzycy taplający się w przeszłości w szerokiej gamie niestandardowych gatunków, takich jak industrial, grany przez Neutral, czy harsh noise Sewer ElectionAmateur Hour jest jednak projektem skupiającym się raczej na eksperymentach gitarowych zahaczających bardziej o dziwnego rocka niż astrukturalny hałas – na nowym albumie udaje się Szwedom znaleźć idealny i rzadko spotykany balans między eksperymentalizmem, a wyznaczonymi ramami.

Wiele fragmentów albumu da się porównać do hipnotyzującego gitarowego brudu The Dead C, podanego w bardziej sypialnianej formie - szorstka atonalność w utworach takich jak Baby You’re All I Want czy But If Teenage Is Forever You Will Look For Something Better łączy się z charakterystycznym dla dream popu, ciepłym głosem wokalistki. W innych utworach, takich jak Stanna Hos Mig i Utan Andetag uwagę przykuwają hałaśliwe smyczki, które w kontekście całości stanowią bardziej melodyczną analogię do statycznych burdonów dominujących wczesną działalność John’a Cale’a (szczególnie The Velvet Underground i Nico). Narastający gitarowy przester w towarzystwie opisanych wyżej anomalii kreuje nieraz eteryczny efekt ściany dźwięku, nieodbiegającej wiele od klasyków lo-fi’owego shoegazu, takich jak Flying Saucer Attack.

Brak perkusji sprawia, że utwory mają niemal nieograniczoną przestrzeń do koncentracji na teksturze i doznaniach bardziej uczuciowych, niż muzykalnych. To noise rock umyślnie odarty z pazurów gatunku  - ukazujący, że potęga gitarowego przesteru w okolicznościach innych niż rozrywkowy jazgot może przeobrazić się w coś niezwykle czułego. Sentymentalizm otulony grubą warstwą hałaśliwej pierzyny.


Z reguły nie jestem zwolennikiem tworzenia sztuki w ścisłym odwołaniu do tuzów przeszłości, chyba, że jest to zrobione z taką gracją i fantazją jak na nowym wydawnictwie Marka Pospieszalskiego. Polski saksofonista nie sili się na udoskonalanie starych motywów, ale wykorzystuje je jako luźne inspiracje i motory napędowe do awangardowych i oryginalnych aranżacji. W dodatku, wyselekcjonowani przez niego inspiratorzy nie są najoczywistszymi wyborami – widniejące na trackliście nazwiska to raczej kompozytorzy uznani przez krytyków, acz zapomniani przez przeciętnego słuchacza. I dobrze – wybrane motywy nie są ograne co daje większe pole do artystycznych manewrów.

Manewry te czuć w samej warstwie brzmieniowej. Pomimo, na pierwszy rzut oka typowego dla muzyki jazzowej instrumentarium (saksofon, trąbka, wiolonczela, kontrabas, gitara, fortepian, perkusja) zespół ucieka w stronę powoli płynących, rozciągniętych dronów. Typowy zestaw instrumentów akustycznych wzbogacony jest przez soundboard wplatający elementy noise’owe. W efekcie wiele utworów jest nieustannym, trzymającym w napięciu pojedynkiem między akustycznym rynsztunkiem, a hałaśliwą elektroniką - pięknem, a chaosem. Rytmicznego napędu nadaje tym starciom wyjątkowa perkusja Qby Janickiego stojąca na pograniczu lołfaju i trajbalowego transu. (a’la wczesny Sun Ra). Rezultatem jest soundtrack końca świata – ostatnich chwil na ziemi w których piękno melancholii przełamane jest kataklizmem.

Album Pospieszalskiego jest wehikułem czasu dla starych motywów, transportując je w przyszłość i pozostawiając na nich skazę w postaci noise’owych artefaktów i daleko idącej  awangardy. W procesie stworzona jest muzyka nieprzemijalna – wyjęta spod jarzma czasu i niemożliwa do wpisania w jego ramy. Muzyka przeszłości uchwycona w trakcie swojej podróży w przyszłość.